• keyoga

Podróż do domu. Indie.

O Indiach zostało napisane już chyba wszystko. Każdy kto choć raz był w Indiach mówi, że albo pokochasz to miejsce albo będziesz chciał czym prędzej wracać do domu albo do innego kraju w Azji, który jest bardziej cywilizowany, łatwiejszy, mniej ubogi i bardziej fancy.



4 lata temu poleciałam tam jako świeżak w trakcie kursu nauczycielskiego, a za poradą znajomych i po przeczytaniu kilku blogów, postanowiłam kupić tylko bilety do Mumbaju i zorientować się mniej więcej gdzie jest Goa na mapie i jak można się tam dostać. Spakowaliśmy plecaki,w drodze na lotnisko pojechaliśmy do apteki po kilka środków zabezpieczających nasze trzewia przed nagłą zmianą flory bakteryjnej, bo przecież w Indiach na pewno się zatrujemy jedząc na ulicy, przecież tam jest tak brudno, a nasze europejskie żołądeczki takie wrażliwe. Po 36 godzinach w podróży i niezaplanowanym postoju w Stambule, stojąc na środku ruchliwej ulicy w Mumbaju z bardzo sympatycznym Amerykaninem poznanym przy taksówce, ze smakiem zajadaliśmy rękami omlet jajeczny w bułce, zawinięty w gazetę, robiony oczywiście gołymi rękami pana Hindusa. A ponieważ samolotów ani miejscówek na pociąg na Goa tego dnia już nie było, pozostało nam kupić bilet na autobus który jedzie całą noc, czyli wg. hinduskiego czasu jakieś 16 godzin. No risk no fun.


Przetrwaliśmy. I nasze żołądki też, mimo że w Mumbaju udało nam się skosztować posiłku za 6 złotych, za trzy osoby, w tym dwie butelki wody, niezliczoną ilość samos i bardzo różnych ciekawych przekąsek zakupionych w budkach na takim jakby dworcu autobusowym.

“Welcome in Goa!” - tak wykrzyknął pan taksówkarz, który przywiózł nas na pierwszą plażę na Goa, Vagator, na północy Goa. Po całej nocy w samolocie ze Stambułu, całym dniu w Mumbaju i nocy w szalonym autobusie, w końcu zobaczyliśmy przepiękny klif, wodę, plażę i palmy. Jak na ponad 36 godzin w podróży, uśmiech nie schodził nam z twarzy, i nie myśląc o niczym więcej postanowiliśmy udać się do pierwszego baru na plaży i zobaczyć co wydarzy się dalej. W Indiach nie da się zaplanować zbyt wielu rzeczy. I właściwie im mniej będziemy wymagać od siebie, od miejsca i warunków w których się znaleźliśmy - tym lepiej dla nas, a nasza podróż będzie jeszcze ciekawsza i być może pozwoli wam poczuć się tam jak w domu. Bo to właśnie spotkało mnie w Indiach po raz pierwszy w życiu. Takie odczucie jakbym wróciła do domu. Wyszłam z lotniska, uderzył mnie zapach Indii i po policzku poleciała mi łza szczęścia. “Jestem w domu” - powiedziałam z uśmiechem na twarzy, szczęściem w sercu i pozwoliłam się porwać magii tego miejsca, czując się zaopiekowana i bezpieczna.

Jak przystało na kraj w którym wszystko może się wydarzyć, w barze do którego poszliśmy nie było prądu, a tym samym wifi. W drugim barze tuż obok, miły młody Hindus powiedział “No wifi but we have cold beer”. Goa to jedyny stan w którym można kupić legalnie alkohol w sklepach. Taka ciekawostka. Można dostać alkohol w innych miejsach, ale tylko po cichu i “spod lady”, dużo droższy niż normalnie, a nawet drożej niż kraftowe piwo w sezonie letnim nad Wisłą. No i zazwyczaj dostajemy je ciepłe. Stestowaliśmy to raz w Delhi… Czuliśmy się jakbyśmy szukali hmmm, no właśnie, czegoś nielegalnego ;)

Magia Indii jednak, kiedy jesteś w potrzebie, działa i po chwili siedzieliśmy w owym barze co prawda bez wifi ale z trójką uroczych podróżników, pijąc lokalnego Kingfishera, jedząc obiad i wiedząc już że mamy nocleg i skuter załatwiony przez nowo poznanego znajomego. Zaufanie do ludzi w Indiach to kwestia wyczucia. Wiesz kiedy jest okej, i czujesz też kiedy coś jest nie tak. Otwarta głowa, czujność i dobre intencje pomagają przetrwać, nie tylko w Indiach ale wszędzie gdzie przyjdzie nam być.


Do pewnych rzeczy trzeba się w Indiach przyzwyczaić, ale kiedy swoją przygodę zaczynasz od Goa, aklimatyzacja jaką tam odbywasz, jak w górach, pozwala Ci łagodnie przejść przez to co może cię spotkać w tych prawdziwych Indiach.

I trzeba to podkreślić - Goa to nie Indie. Goa to piękny, najmniejszy stan, to 100 km plaż, turyści, palmy, raw/vegan food, komfort i wydziarane dziewczyny w dredach, ćwiczące jogę o zachodzie słońca. To imprezy psytrance’owe, najbardziej kultowe hipisowe miejscówki, i joga w każdym wydaniu i dla każdego. I jest to cudowne doświadczenie być tam, chłonąć tamtą atmosferę, zapach kadzideł i zapach masali mieszający się ze sobą, pić co rano kokosa i słuchać mantr których znaczenia nie znamy, ale brzmią tak super, że wracamy do kraju z nowym tatuażem, który do końca nie rozumiemy, ale wygląda świetnie i tak duchowo. I to dalej wciąż nic złego, bo Indie to taka mieszanka wszystkiego, tam każdy odnajdzie coś dla siebie i coś stamtąd wyniesie, nawet jak już nigdy nie będzie chciał tam wrócić.


Ja wciąż pamiętam jak cudownie było mi wstawać skoro świt, pić kokosa, odpalić kadzidło przed domkiem na plaży, robić powitania słońca, witać się z uprawiającymi jogging turystami czy europejskimi lokalsami którzy postanowili rzucić wszystko i zamieszkać na Goa, czy jeść samosy albo raw falafel w knajpie u zaprzyjaźnionego młodego przedsiębiorczego Hindusa, Shanu. Czy to jest mało hinduskie? a no jest :) Wciąż jesteśmy w Indiach przecież, ale wystarczy wyjechać poza Goa i nagle wszystko się zmienia. Diametralnie:) Zaczynamy widzieć coraz więcej śmieci, ubóstwa, coraz mniej białych turystów w dredach ćwiczących jogę. Podróż poza Goa staje się trochę bardziej wymagająca ale wciąż niezwykła.



2 lata temu mieliśmy okazję przejechać Indie od Goa do Varanasi (z południowego zachodu na północny wschód) wyłącznie pociągami, z postojami w kilku miejscach, jednak za cel obraliśmy sobie dotrzeć do Varanasi i dalej nasz plan na Indie był nieznany. Muszę przyznać, że ta podróż była jednym z intensywniejszych doświadczeń i czuję się dzięki tej podróży silniejsza psychicznie ;) Jak przystało na storytellera, pokrótce opiszę Wam jak to wyglądało, żebyście mogli wyciągnąć wnioski planując swoją podróż do Indii, kiedyś, jak będziemy mogli już swobodnie poruszać się nie tylko po mieście, ale również po świecie.

Zaczęło się niewinnie od podroży nocnym autobusem do Hampi, małego miasteczka słynącego z wielu pięknych świątyń, po części już zniszczonych, ale wciąż pełnych uroku, szczególnie o wschodzie i o zachodzie słońca. Hampi to również miejsce pielgrzymek Hindusów, dlatego dla białego turysty bycie tam oznacza niezliczoną ilością sesji zdjęciowych, co może poważnie zaburzyć wasz spokój i przestrzeń osobistą, ale… kiedy nie ma się biletu powrotnego i planu co dalej, właściwie nie jest tak uciążliwe. Wszystko to kwestia naszego nastawienia. Zawsze możemy grzecznie odmówić i tyle. My przez pierwsze dni chętnie pozwalaliśmy na zdjęcia, ale po jakimś czasie zaczęliśmy unikać tłumów. Zaczęliśmy również zamykać okna i drzwi, a na pewno bardzo zwracać uwagę gdzie leży nasz prowiant, bo jednego poranka ku zdziwieniu obojga, zobaczyliśmy w naszym pokoju małpę, która po cichu wynosi banany. Uwierzcie mi, że nie jesteście na taki widok przygotowani, kiedy ze szczoteczką do zębów w ustach, patrzycie jak małpa z waszym bananem siedzi na blacie Waszego prowizorycznego biurka-szafy i patrzy wam w oczy z takim trochę ludzkim grymasem, który mówi “No i co mi zrobisz, człowieku”. A wiadomo, małpy nie złapiesz, więc całe szczęście, że padło na banany.



Polecam wybrać się do Hampi, to bardzo ciekawe miejsce, które jest przyjemną odskocznią od Goa, a na pewno pozwoli jeszcze bardziej zaaklimatyzować się do warunków panujących w Indiach.

Nasza podróż z Hampi do Varanasi trwała od środy wieczór do niedzielnego poranka. Większość czasu spędziliśmy w pociągach. Każdy już słyszał o tym jak podróżuje się pociągiem. Nie mam nic do dodania. Jedzie się zazwyczaj kilkanaście godzin, najczęściej w nocy, śpi się w sleeperach, jak ma się szczęście to obok nikt nie chrapie i nawet można się normalnie przespać, rano umyć zęby… ale trzeba to przeżyć, żeby zrozumieć, że strefę komfortu można bardzo mocno przesunąć;) Najdłuższy dystans jaki udało nam się pokonać w jednym pociągu to 29 godzin, po tym czasie, a był to już drugi pociąg od wyjazdu z Hampi, byliśmy już w ¾ trasy do Varanasi. Całe szczęście po tych 29h wysiedliśmy w takim miasteczku, o którym nigdy nie przeczytacie w Lonely Planet i przyznam że fajnie, że tam się znaleźliśmy bo odkryliśmy kolejne miasteczko - Orchia, gdzie trafiliśmy do dawnego pałacu Maharadży. Spędziliśmy tam cały dzień i poza nami spotkaliśmy tylko dwójkę białych turystów, którzy widząc nas byli tak samo zaskoczeni jak my widząc ich.



Wieczorem w sobotę wsiedliśmy do pociągu który w końcu miał zawieźć nas do Varanasi - tylko 15h. Easy. Byliśmy wypoczęci po nocy w super hotelu za 50 zł, z marmurową wanną w łazience i seansem bollywodzkiego kina akcji. Uwierzcie mi, że to ważny element tamtejszej kultury i polecam obejrzeć chociaż jeden film -dobry reset dla głowy gwarantowany, a co ważne - film, jak to bywa też w polskiej telewizji, chyba dalej tak jest, jest przerywany reklamami. I temu warto się przyjrzeć bliżej.

Puszczenie bąka w miejscu publicznym w Indiach to norma, tak samo załatwianie się gdziekolwiek również jest społecznie akceptowalne. Miesiączka natomiast jest wciąż tabu, reklamy podpasek w hinduskiej telewizji różnią się diametralnie od tych w europejskiej telewizji, nie widać tam młodej dziewczyny wskakującej w białe spodnie z uśmiechem na twarzy, czy idącej na basen. Tam to bardziej intensywna próba zamaskowania bardzo wstydliwego problemu. Byłam w szoku. Tak samo w szoku byłam kiedy zauważyłam tabliczki zakazujące publicznego chodzenia za rękę z dziewczyną, przytulania czy całowania. Przed tym akurat byliśmy ostrzeżeni przez znajomych, więc wiedzieliśmy że obrączki na palcach mogą udawać te legalne i na pytanie “are u married?” zawsze odpowiadaliśmy “yes”. Co prawda nie kłamaliśmy tak do końca ale to już odrębna historia. Miasto, w którym wisiały owe tabliczki to Hyderabad, jedno z większych i bardziej ucywilizowanych miast w Indiach, muzułmańsko - chrześcijańsko -hinduska 6 milionowa aglomeracja miejska, gdzie na ścianach jednej ze szkół widniała grafika mówiąca o przemocy wobec kobiet, o biciu dzieci, polewaniu kwasem czy wyrzucaniu ciężarnych na ulicę.

Spędziliśmy tam kilkanaście godzin czekając na ten najdłuższy pociąg, i to co spotkało nas tam najprzyjemniejszego to paczka ciastek z muzułmańskiej cukierni-kawiarni, gdzie byłam jedyną kobietą pośród setki muzułmańskich mężczyzn raczących się ciasteczkami i czajem, oraz perfumeria działająca nieprzerwanie od 1920 roku, skąd przywieźliśmy sobie kilka flakonów czystych olejków zapachowych, które na skórze utrzymują się nawet po kąpieli. Ciastkami raczyliśmy się całą podróż, jedno nawet było z jadanym złotem - taki splendor, a perfumy służą nam do dziś i przywołują nam wspomnienia z tamtego czasu.



Kiedy po tych 4 dniach w podróży, 3 pociągach, niezliczonej ilości riksz, kilku wybitnych, niemożliwych do przejedzenia thali - czyli takim wielodaniowym obiedzie, i kilometrach pieszo w tych dwóch postojowych miastach, dotarliśmy do Varanasi.


Święte miasto Hindusów. Miejsce w którym przy świętej rzece Ganges, od kilku tysięcy lat pali się zwłoki pobożnych wyznawców hinduizmu, którzy wierzą że skremowani w ten sposób, w tym miejscu, zamkną krąg samsary a ich dusza przestanie powracać na ziemię w innych wcieleniach.

Pierwsze co mnie spotkało w Varanasi to pędzący ciasną uliczką byk, który po prostu staranowałby każdego kto stanie mu na drodze. Moja mina była podobna do tej, kiedy w pokoju zobaczyłam małpę z bananem, ale było mi mniej do śmiechu, sami rozumiecie. Do tej pory widzę to w swojej głowie i słyszę głos Hindusów którzy krzyczą za nim “Shiva Power!”, nie żadne “watch out!”, po prostu “Shiva Power” i tyle. Niesamowite przeżycie, serio mówię. Plan na Varanasi był taki  - zobaczyć, pobyć kilka dni, zrobić jogę nad Gangesem i jechać dalej do Rishikesh na jogę albo złapać pociąg do Dardżyling, na herbatę z widokiem na Kanczedzongę, swoją drogą, uwielbiam to zestawienie słów:)

Zaplanowaliśmy to, a Indie zweryfikowały ten plan. Zostaliśmy tam 10 dni ledwo uchodząc z życiem. Po 3 dniach i trzech zmianach noclegu, wylądowaliśmy w aśramie-hotelu prowadzonym przez starego jogina i jego syna. Było to najczystsze miejsce jakie widzieliśmy w Varanasi, a widzieliśmy ich bardzo dużo, skromny pokoik-cela, tylko taki pozostał, widok na Ganges i shala-taras do jogi, z której mogliśmy obserwować wschody słońca. To było akurat piękne, no chyba że właśnie w kadrze znalazł się załatwiający swoje potrzeby fizjologiczne Hindus, a później kolejny i kolejny, potem obowiązkowa kąpiel w Gangesie, razem ze świętymi krowami i innymi hindusami. Warto nadmienić, ze Ganges to najbardziej zanieczyszczona rzeka na świecie.


Pomijam to, że zanieczyszczenia z lokalnych fabryk spływają do rzeki, bez oczyszczenia, hindusi wyrzucają do niej śmieci, zwłoki niektórych zmarłych, tych których nie można spalić, czyli śmiertelnie ukąszonych przez żmiję,kobiet w ciąży,dzieci do 10 roku życia, samobójców i świętych mężów również wrzuca się do Gangesu,to jeszcze pozostałości po kremacji, czyli kości.


Z Varanasi mamy wiele historii do opowiedzenia. Mniej lub bardziej zabawnych. Jedno mogę Wam powiedzieć - udało mi się zrobić jogę z widokiem na Ganges, ale nie był to mądry pomysł. Udało nam się skosztować banglassi, to też nie był najlepszy pomysł… Jednak trafiliśmy też na ciekawego młodego człowieka, który oprowadził nas po jednym ghacie, wyjaśnił i opowiedział to, co każdy jadący do Varanasi powinien wiedzieć lub usłyszeć czym prędzej na miejscu, żeby zrozumieć fenomen tego miejsca i traktować to miejsce poważnie.

Nie chcę przytoczyć wam wszystkich historii z Waranasi, ale pokrótce powiem, że po 10 dniach udało nam się w dobrej kondycji fizycznej opuścić Indie i przekroczyliśmy granicę Indii z Nepalem.



To, czego nauczyło nas Waranasi to bardzo osobista historia, myślę, że i dla mnie i dla Marcina, dlatego pozostawię to tak jak jest. Jeśli ktoś mnie zapyta czy polecam wybrać się do Waranasi, odpowiem, że tak, ale trzeba być przygotowanym na wszystko. Dosłownie na wszystko. Nie wiem, nie umiem opisać tego doświadczenia w mojej głowie, mimo że było to dokładnie, pisząc to, sprawdziłam datę, dokładnie 2 lata temu.

Podsumowując - każdy przeżywa Indie po swojemu, są miejsca takie jak Goa, gdzie można chillować i zapomnieć o bilecie powrotnym do kraju, a są też takie jak Hyderabad, Varanasi, które weryfikują wiele rzeczy, są miejsca mniej i bardziej święte czy kolorowe. Są też miejsca przygnębiające, smutne jak i kolorowe i radosne. Wiele zależy chyba od tego po co się jedzie do Indii, od oczekiwań względem podróży i z pewnością od zasobności portfela i czasu. Nie namawiam Was do wizyty w Indach, jestem daleka od narzucania czegokolwiek i jakkolwiek. Chciałam przedstawić Wam swój punkt widzenia :) Tak się składa, że mamy kupiony bilet do Indii na 9.04.2020, w sytuacji w której znalazł się obecnie świat, kiedy wszystko się nagle zatrzymało, nasz bilet czeka na przebukowanie. Nie wiemy jeszcze na kiedy… wiemy teraz, że nic nie wiemy. Nie wiemy co nas tam będzie czekało jeśli tam polecimy, nie wiemy jak zmieni się nasze postrzeganie rzeczywistości, jak zmienią się Indie, hindusi, turystyka backpackerska i wiele wiele innych. Niemniej jednak, z tego miejsca, wysyłam wam dużo zdrowia i dobrej energii, dziękuję, że poświęciliście swój czas na przeczytanie tego tekstu.

Na koniec, jeśli macie ochotę możecie odpalić nasz krótki film z podróży do Indii :)



Namaste,

Kinga Keyoga

120 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie